— Wojciechu! — odezwał się jeden z sąsiadów, gospodarz młody w granatowej kurtce. — Piliśta wy kiedy za swoje?...
— A bo ja głupi Żydowi pieniędzy naganiać? — odparł łysy.
— No, a za cudze pijecie?...
— Bo on choć i Żyd, to żyć musi, i jego Pan Bóg stworzył.
— Maćku! — wołała kobieta w fartuchu na szyi — a kińże78 ty choć raz kieliszek, idź do dom, bo nam się jeszcze dzieciska popalą...
— Każcie se, kumie, krew puścić, to wam od oczów odciągnie! — radził ktoś kołtuniastemu.
— Oj, da! da! — wrzeszczał leżący pod ławą.
— Bywaj zdrowa, Małgoś!... Żebym ja twemu tatulowi chciał dogodzić, to bym musiał chyba konie kraść albo wódkę szwarcować — mówił przystojny parobek do stojącej we drzwiach dziewuchy.
— Wojciechu, do was...
— Pijta z Bogiem...