— Zatem podpisalibyśta? — pytał dalej nieubłagany Grzyb.

Ale Żyd i tym razem nie miał zamiaru dać odpowiedzi stanowczej. Postąpił parę kroków naprzód i włożywszy jedną rękę za pas, a drugą wybijając takt, mówił:

— Jaki wy jesteście człowiek zabawny, Józefie!... Każdy mnie się pyta: co ja bym robił, jakbym tylko ja jeden na całym świecie miał rozum. Dziedzic pyta się swoją drogą, wy swoją drogą, a ja mam za wszystkich odpowiadać?...

Żebym ja miał wasz grunt, to ja bym sobie kalkulował: podpisać czy nie podpisać za cztery morgi? A żebym ja miał dziedzica grunt, tobym sobie myślał: dać wam czy nie dać cztery morgi? Potem zrobiłbym tak, jak mi z interesu wypadło. I wy zróbcie tak samo!...

Grzyb znowu wlazł na ławę.

— Moi bracia! — rzekł. — Dla świętej zgody i żeby była jedność między nami, podpiszwa układ, ale za... pięć morgów...

— Dobrze! dobrze!

— Mój nie podpisze! — wrzasnęła żona kołtuniastego.

— A dajtaże jej w łeb, Janie! Co ona za was ma gadać?

— On?... mnie... w łeb?... — krzyczała energicznie kobieta. — A masz!... a masz!... a wynoś się od tych pijaków!...