I wołając tak, biła męża po karku, aż w końcu wyciągnęła go za kołtuny do sieni.

— Czekajta ino, moi ludzie, aż Józik przyjedzie. On wam da radę! — wołała baba ubrana po miejsku.

Ale nikt jej nie słuchał. Gospodarze, głodni czy znudzeni, tłumem poczęli wychodzić z karczmy, poprawiać uprząż na koniach, odstawiać wozy i wyjeżdżać. W kwadrans później w obszernej izbie został tylko Maciej z żoną, oboje mocno podchmieleni, pijak śpiący pod ławą, dziewka, która uprzątała kieliszki, i w czarnej atłasowej sukni Szmulowa, która pisała, wciąż pisała.

Szmul poszedł do alkowy, nakreślił ołówkiem na kartce: „Chcą pięć morgów...” — i posłał ją przez chłopaka do dworu. Sam zaś począł wybierać się w podróż.

— Gdzie jedziesz? — spytała go żona po żydowsku.

— Pojadę do Niemca. On już pewnie kupi wieś. Jak mi się z nim uda, to będę miał młyn.

— Jeżeli tamten nie zbudował, to Niemiec nie zbuduje. Nic z tego nie będzie — odparła Szmulowa.

— To może wcale nie jechać?

— Zawsze spróbuj — rzekła.

Rozdział siódmy. Pan Jan jest rozmarzony, a Gajda zdumiony