— Oho, znowu jesteś, ptaszku?... Nie widzieli go tu...
Jakub obejrzał się: za nim stał silny i wysoki człowiek, wyglądający na stróża.
— Jeszcze ci się chce co upolować? — ciągnął przybyły. — Niedawnoś pokradł deski i dziś znowu przychodzisz, kanalio...
— Ja nie kradnę desek — szepnął Jakub.
— Nie kradniesz ty, tylko twój brat za ciebie... Znamy cię lisku... Won stąd!
Biedak podniósł się.
— Czego wy chcecie ode mnie, człowieku?...
— Won stąd! — krzyknął jeszcze głośniej przybyły i schwyciwszy Jakuba za ramię, gwałtownie wypchnął go na drogę.
Nędzarz teraz dopiero uczuł, że go noga boli straszliwie, że go głowa pali i język mu z pragnienia wysycha. Chciał jeść, chciał pić, chciał spocząć gdzie, ale miejsca nie było.
Na skręcie pustej i niebrukowanej ulicy, za stosem belek dostrzegł rudego dziada, w starym wojskowym płaszczu i z płócienną torbą na ramieniu. Dziad, siedząc, układał coś na kolanach i mruczał: