— Pewnie, że chciałbym zarobić, ale nie mam gdzie.
— O ho... nie mam gdzie! To się powieście.
— I powroza nie mam.
— To go ukradnijcie! — zakończył dziad z gniewem. — ja tam ani wasz brat, ani swat, żebyście mi głowę zawracali.
Wszystkie cierpienia fizyczne i moralne odżyły w biednym Jakubie; zdawało mu się, że go ze wszech stron otaczają jakieś sieci niewidzialne, jakieś narzędzia męki, przed którymi chciał uciec. Chciał uciec przed swoją nogą krwawiącą się i opuchłą, przed swoją głową, w którą tysiące młotów kuły, przed spojrzeniami głodnych dzieci, które jak ostre gwoździe wbijały mu się w serce, przed wyrzutami żony, które jak roztopiony ołów upadały na niego, słowem — przed wszystkim... przed wszystkim...
Z tej strasznej zadumy ocucił go brzęk szkła i krzyki.
— Giewałt25... lufcik zbił... Łapaj... Trzymaj...
To on zbił lufcik, to jego łapać kazano!... Jakub rozejrzał się: był już niedaleko swojej ulicy, wpadł więc na nią, zmieszał się z tłumem przechodniów i znikł w bramie.
Na podwórzu zaczepił go bednarz Marcin:
— Nie macie się czego kwapić26 do domu; Mańka gdzieś zginęła na ulicy, i wasza wyszła za nią z chłopcem, a resztę dzieci zamknęła w izbie.