W oknach sąsiednich domów ukazały się zalęknione kobiety. Ale na ulicy, prócz robotników, było ledwie kilka osób. Wieść o wypadku nie zdążyła jeszcze do środka miasta.
Pierwszy oprzytomniał główny majster.
— Czy nie zginął kto? — pytał drżący.
— Zdaje się, że nie. Wszyscy byli na śniadaniu.
Majster począł rachować swoich, ale wciąż mylił się.
— Czeladnicy są?...
— Jesteśmy!...
— A pomocnicy?...
— Jesteśwa!...
— Jędrzeja nie ma!... — odezwał się jeden głos.