— Piękne mi świeże powietrze, jak pragnę szczęścia! ... Wy tu zmarniejecie z takim świeżym powietrzem... Ach, jakiż fetor11! ... cóż to znaczy? ...
— O, to nic, proszę pani!... Idziemy w tej chwili aleją, przytykającą do ulicy Królewskiej, na której rynsztoki12 trochę pachną...
— Aaa... ooo!...
Otóż i mleczarnia. Towarzystwo moje z uwagą patrzy na delektujących się krowimi produktami Warszawiaków. Wołam pannę.
— Co państwo każą? ...
— Hładyszkę zsiadłego mleka i sitnego chleba — odpowiada jejmość.
Panna wytrzeszcza oczy.
— Mamo — szepcze Zosia — jakoś to mleko nieładne... U nas czeladź13 takiego by nie jadła, dajmy spokój! ...
— Fiu!... gwiżdże Władzio. — Albo to mleko zsiadłe? To maślanka!... U nas w K. zsiadłe mleko krajać by można...
Panna ulatnia się, poznawszy o co chodzi.