(Uważam, że pierwotny zachwyt szanownej mamy naszej na widok ogrodu zmniejszył się o 30 procent).

— Panie Bolesławie — mówi do mnie — a dzieciż tu daleko? Chodźmy do tych niebożątek.

Około Żelaznej Bramy przecinamy po raz drugi aleję główną i wchodzimy na plac, zawalony gromadą żyjących ciał ludzkich. Dzieci i ich niańki, rozmieszczone jak śledzie w beczce, siedzą, leżą, śpią, płaczą, szyją, rozmawiają, słowem, robią wszystko, co komu na myśl przyjdzie.

— O rany Chrystusa!... — woła mama. — Jak to, więc na tym placu bez trawy, w tym kurzu, w tej ciasnocie, bawią się dzieci tutejsze? O Boże! Boże... toż u nas na wsi cielętom lepiej!...; Patrzajże, panie Bolesławie, jakie to małe dzieckowina! ... pewno mu się jeszcze ząbki nie wyrzynają, a ono już tu? ... Nianiu! ... nianiu! ... — zwraca się do jednej z piastunek — a czego to dziecko tak płacze?...

— A bo, proszę pani, już mleka nie ma w butelcze, więc nie ma czo szszać...

— To ono butelkę ssie! a gdzież matka?

— Pani ż panem szą w ogrodzie, ale pani szama nie karmi...

Poważna moja przyjaciółka machnęła gniewnie ręką, i poszliśmy dalej.

— Czy to bożnica14, proszę pana? — pyta mnie uśmiechnięty Władzio, wskazując ogromny, elegancki budynek w guście szwajcarsko-chińskim.

— To letni teatr, panie...