— A robotników ilu pan ma teraz?

— Tych, co kręcą się koło lasu?... Czasem bywa po sto i więcej, a zwykle osiemdziesiąt. Jak się trafi.

— Paszporty w porządku?

Pełnomocnik natychmiast udzielił odpowiedzi w kwestii paszportowej, po czym wachmistrz pożegnał go. Siadając na wózek, rzekł:

— Niech się pan dobrze pilnuje, bo jak raz zaczęło się we wsi złodziejstwo, to już nie przepuszczą nikomu. A w razie wypadku, niech pan najpierwej mnie zawiadomi — dodał.

Ostatnie jego słowa tak przestraszyły pełnomocnika, że od tej pory brał do swej oficyny na noc owych dwu Żydków, którzy dotychczas sypiali we dworze.

Ze dworu wachmistrz zawrócił klacz do chaty Ślimaka. Gospodyni akurat zasypywała kaszę w garnczek, kiedy wszedł do izby otyły strażnik.

— Niech będzie pochwalony — rzekł. — Cóż tu słychać?

— Jedno z drugim nic, na wieki wieków — odparła Ślimakowa.

Wachmistrz rozejrzał się po izbie.