Ślimakowi nagle błysnęła myśl.

— Ehej! — zawołał — wiem ci ja tera, gdzie oni bywają. To pewnie kolej się już buduje, ani wątpić.

— Dziwno, że do nas nie zaglądał jeszcze żaden kolejnik za kupnem — wtrąciła Ślimakowa.

— Bo jeszcze są daleko. Ale ja sam do nich pojadę — odparł Ślimak. — Hycle Szwaby! — dodał po namyśle — jak to strzegą sekretu, żeby kto inny nie zyskał...

— A jedźże prędzej w tamtą stronę! — zawołała kobieta. — Przecie teraz powinny dla nas być najlepsze zarobki...

Chłop obiecał, że pojedzie jutro z rana. Ponieważ jednak zaspał, trochę zmarudził, a potem powiedział, że już za późno jechać, więc ledwie następnego dnia wygnała go z domu żona.

Po drodze chłop wstąpił do wsi kościelnej, gdzie wszyscy mówili, jako o małą milę stąd od zeszłego tygodnia kopią rowy i sypią wały pod kolej. Było nawet kilku wyrobników, którzy chcieli wynająć się do ręcznej roboty, ale tylko jednego przyjęli, a i ten wrócił po trzech dniach naderwany z pracy.

— Psia robota, nie ludzka — powiedziano Ślimakowi we wsi. — Chociaż kto ma konie, jechać tam warto, bo furmanki zarabiają po cztery ruble na dzień.

„Cztery ruble?... — pomyślał Ślimak, ostro zacinając konie. — Tego za dworskich czasów nie bywało!...”

Z godzinę jechał bocznymi drogami, nim w końcu trafił do robót. Z daleka już widział ogromne, podobne do pagórków kupy gliny, na których uwijała się ze setka ludzi nietutejszych. Były to chłopy wielkie i brodate, w kolorowych koszulach, zadziwiająco silni. Jedni kopali glinę, a drudzy odwozili ją na bok w rozłożystych taczkach, których by nie uciągnął koń lada jaki.