Ślimak pokręcił głową.

— Oho! — mruknął — tego z pewnością nasz człowiek nie udźwignie.

I ze zdumieniem oglądał góry i przepaście, w tak krótkim czasie wygrzebane ludzkimi rękami.

Podjechawszy bliżej, zaczepił jednego z taczkarzy, lecz ten mu nawet nie odpowiedział, zajęty swoją ciężką robotą. Na szczęście dojrzało go paru takich, którzy nic nie robili, a między nimi Żydek w krótkim surducie.

— Co to chcesz, gospodarzu? — spytał Ślimaka.

— Przyjechałem się zapytać — odparł zakłopotany chłop, obracając czapkę w ręku — przyjechałem się zapytać, może panowie potrzebują krupów albo sadła?...

— Mój kochany — odparł Żydek — my tu mamy swoich dostawców. Dobrze byśmy wyszli, gdyby nam przyszło kupować każdą kwartę kaszy od chłopów!...

„Wielgie to musi państwo!... — pomyślał zawstydzony Ślimak. — Nie chcą kupować od chłopów, pewnie wszystko biorą od ślachty...”

Żydek już odchodził. Nagle Ślimak, kłaniając mu się do ziemi, zapytał znowu:

— Dopraszam się też łaski, a furmanką bym u państwa nie zarobił?...