— Co im po wiatraku, kiej mają tyle ziemi?
— Mieliby większy zarobek. Jak zaś Hamer nie zbuduje wiatraka, to na przyszły rok z pewnością wybuduje go Gede dla swego siostrzeńca.
— To czemu Hamery nie stawiają na swoim gruncie?
— Bo oni mają same niziny. Najżyźniejszy to grunt ze wszystkich kolonii i mądrze go wybrali — mówił bakałarz — ale wiatraka na nim nie postawi...
— A cóż ich tak ten wiatrak opętał! — przerwał gniewnie Ślimak, uderzając pięścią w płot.
— Wielki to interes — odparł ciszej bakałarz. — Gdyby Wilhelm miał dziś wiatrak, to za dwa tygodnie ożeniłby się z córką młynarza Knapa z Woli i wziąłby za nią dwadzieścia tysięcy rubli... Dwadzieścia tysięcy rubli!... A jak tych pieniędzy nie będzie, to Hamerowie mogą zbankrutować... Dlatego — zakończył bakałarz — wy im stoicie kością w gardle. Bo gdybyście sprzedali wasz grunt, oni by wam dobrze zapłacili i sami wyszliby z kłopotów.
— Nie sprzedom — odparł chłop. — Anim ja ich namawiał, żeby tu leźli, ani chcę ginąć dla ich dobra. Kiedy chłop wyjdzie z ojcowizny, już po nim...
— Będzie bieda — rzekł bakałarz, rozkładając ręce.
— To niech se będzie. Jo dla nich nie zginę dobrowolnie.
Po tych słowach Ślimak pożegnał bakałarza i wrócił do domu, nie mając nawet ochoty widzieć się z Hamerem. Dopiero dziś zrozumiał, że między nimi zgody być nie może i że ten wygra, kto drugiego przetrzyma.