Jednocześnie po drugiej stronie rzeki zebrała się gromada Niemców. Dostrzegli oni na powierzchni Białki płynące szczapy drzewa i postanowili je wyłapać. Uzbrojeni w długie tyki, pozawijali spodnie wyżej kolan i brodząc, ostrożnie zbliżali się do głównego prądu.

W miarę słabnięcia burzy Stasiek uspokajał się. Nie łupało go w głowie, nie kłuło w rękach ani po skórze nie chodziło coś jakby mrówki. Jeszcze niekiedy zdawało mu się, że grzmi; wytężał słuch... nie, nie grzmoty. To ojciec z Owczarzem, wylewając wodę ze stajni, tłuką szuflami o próg.

A w sieni chaty bieganina i hałas; to Jędrek, zamiast wybierać wodę, droczy się z Magdą.

— Ej, Jędrek, ustatkuj się! — woła matka — bo jak złapię co twardego, narobię ci siniaków...

Ale Jędrek śmieje się jeszcze lepiej, a i w głosie matki czuć, że choć się gniewa, jest wesoła.

W serce Staśka wstępuje otucha. Gdyby też wyjrzeć na podwórek?... Lecz — nuż zobaczy nad chałupą taką straszną chmurę, jak przed burzą?... Ii, co tam!... Wychylił za drzwi głowę, spojrzał i zamiast chmury zobaczył błękit niebieski; poszarpane obłoki mkną gdzieś na wschód za wzgórza i lasy. Siedzący w szopie kogut, załopotawszy skrzydłami, zapiał i jakby w odpowiedzi zza chałupy pokazało się słońce. Na krzakach, na zbożu i trawie błysnęły krople rosy jak mgła ze szklanych paciorków; ciemną sień przecięły złote smugi, w czarnych kałużach odbijało się pogodne niebo.

Staśka opanowała radość. Wyleciał na podwórko i zaczął biegać po największej wodzie, ciesząc się, że mu spod nóg wytryskują tęczowe snopy światła. Potem, zobaczywszy kawałek deski, cisnął ją na kałużę, stanął na niej z patykiem w ręku i wyobrażał sobie, że pływa.

— Chodzi, Jędrek!... — zawołał na brata.

— Ostań się tu, dopóki wody nie wylejesz! — krzyknęła matka.

Tymczasem po drugiej stronie rzeki gromada Niemców chwytała płynące drzewo. Gdy udało się im upolować większą sztukę, śmiejąc się krzyczeli: „hura!” A gdy od razu nadpłynęło kilka szczap, ogarnął ich taki entuzjazm, że chórem zaczęli śpiewać: