— Hycle Szwaby! co tu przez nich narodu zmarniało... — mruknął chłop, koniecznie usiłując zapomnieć o Owczarzu. I ustawiwszy rękę naprzeciw okna, tak aby dobrze widzieć palce, zaczął rachunek:

— Utopił mi się Stasiek, to jeden... Niemce byli przy tym... Musiałem oddać krowę na rzeź, to dwa, bo mi bez Szwabów paszy zabrakło... Konie mi ukradli, to już śtyry, za to, żem złodziejom odebrał niemieckiego wieprza... — Burka struli — to pięć... Jędrka mi wzięli do sądu za Hermana — to sześć... Owczarz i sierota — to osiem... Osiem narodu zgładzili!... A jeszcze Magda przez nich odejść musiała, bom zbiedniał, i jeszcze mi żona choruje pewno ze zgryzoty to dziesięć... Chryste Panie!... Chryste Panie!...

Nagle chwycił się oburącz za włosy i zaczął drżeć jak dziecko z trwogi. Nigdy jeszcze tak się nie bał, nigdy, choć parę razy śmierć zaglądała mu w oczy. W tej chwili dopiero, po tym rachunku osób i stworzeń, których mu zabrakło w domu, Ślimak poznał i uląkł się niemieckiej potęgi... Toż te spokojne Niemce obaliły mu jak wicher całe gospodarstwo, całe szczęście, całą pracę życia. I żeby choć sami kradli albo rozbijali... Nie, oni mieszkają jak inni ludzie, orzą trochę szerzej, modlą się, uczą dzieci. Nawet ich bydło szkody w polu nie robi, cudzej trawki nie uszczknie!...

Nic, no nic złego zarzucić im nie można, a przecież zubożyli go, opustoszyli mu chatę samym sąsiedztwem. Jak dym wydobywa się z cegielni i suszy zioła, tak ich kolonie dymią nieszczęściem, gubiąc ludzi i stworzenia. Co wreszcie on tu znaczy? Alboż ci sami Niemcy nie wycięli starego lasu, nie porozbijali odwiecznych kamieni w polu, nie wysadzili dziedzica ze dworu?... A ilu to ludzi dworskich, straciwszy miejsce, wpadli w nędzę albo rozpili się, albo nawet kradną163?...

I dopiero dziś, pierwszy raz, wymknęło się z ust Ślimaka desperackie zdanie:

— Za blisko nich siedzę... Dalszych gospodarzy oni tak nie uszkodzili...

A po chwili dodał:

— Co z tego, że zostanie grunt, jak ludzie na nim wyginą?...

Nowa ta myśl wydała mu się tak wstrętną, że i od niej chciał się uwolnić. Zajrzał do żony — zdaje się, że śpi. Dorzucił łuczywa na komin, a potem począł przysłuchiwać się szczurom gryzącym powałę. Wtedy znowu uderzyła go cisza w domu i w szumie wiatru, ciągnącego ode drzwi do komina, znowu usłyszał jękliwy głos księdza: „Byłem głodny, nie nakarmiliście mnie; byłem nagi...”.

Wtem na podwórku rozległy się kroki. Chłop wyprostował się i czekał. „Jędrek?... przemknęło mu. — Może Jędrek...” Skrzypnęły drzwi w sieni, zamknęły się i jakaś, widocznie cudza, ręka zaczęła szukać wejścia do izby. „Josel?... Niemiec?...” — myślał chłop. Nagle cofnął się przerażony; w głowie mu się zakręciło. Na progu izby stanęła — Zośka.