— Bo wasi gospodarze — kończył Hamer, podnosząc się z progu — oni wam nie dadzą pomocy. Oni nie mają chrześcijańskiego serca. To bydło... Bywajcie zdrowi.
— Szczęśliwa droga — odparł chłop.
Hamer odszedł. Przed zachodem słońca zajechały sanki i nieprzytomną Ślimakową odwiozły na kolonię. Ślimak jeszcze został na pogorzelisku. Przede wszystkim wydobył spod mierzwy woreczek ze srebrem, drugi z banknotami i ukrył je w kieszeniach sukmany. Potem zniósł do stajni resztę odzieży i sprzętów ocalonych z pożaru, a nareszcie — rzucił paszy krowom. Zdawało mu się, że nieme stworzenia patrzą na niego z wyrzutem, jakby pytając:
„Co wy najlepszego robicie, gospodarzu?...”
„Cóż mam robić?... — myślał chłop. — Jużci zostało mi trochę grosza, nawet sporo, ale co z tego? Choćbym się odbudował i konie kupił, to znowu coś wypadnie, bo miejsce nieszczęśliwe. Niemiec, jak tu osiędzie, złe odczyni; ja nie potrafię”.
Wieczór zapadł, ale Ślimak jeszcze kręcił się między zgliszczami, czując, że go coś tak trzyma w miejscu, jakby mu nogi przymarzły do ziemi. Więc zaczął pobudzać się do gniewu i sam przed sobą obmierzać swoją chudobę.
— Uu!... psiakość... — mruczał. — Miałbym też czego żałować! Grunt jałowy, do ludzi daleko, zarobków nijakich, a czego nie wypali słońce, zniszczy woda. Po to bym chyba siedział, żeby się na mnie dorabiali złodzieje.
Gniew naprawdę w nim zakipiał; chłop plunął na ziemię, potrącił złamane wrota i tęgim krokiem poszedł w stronę mostu, nie oglądając się na zagrodę. W drodze spotkał dwu niemieckich parobków, którzy z wesołą rozmową szli nocować do jego sadyby. Na widok Ślimaka zamilkli, ale minąwszy go, poczęli się cicho śmiać.
— Ja bym też z wami zimował, hycle?... — mruknął Ślimak. — Niech ino mi chłopak wróci z aresztu i baba ozdrowieje, a pójdę w taki świat, że was nigdy oczy moje nie zobaczą...
Na pogodnym niebie zapalały się gwiazdy i księżyc począł wynurzać się spoza lasu. Za mostem chłop skręcił na lewo i wkrótce stanął przy kolonii Hamera.