U wrót czernił się i pokaszliwał jakiś cień ludzki.
— To wy, panie bakałarzu? — spytał Ślimak.
— Ja. Cóż, zgodziliście się sprzedać grunt?
Chłop milczał.
— Może to i lepiej... Pewnie, że lepiej — ciągnął bakałarz. — Sami na tym kawałku niewiele byście zwojowali, bo wam się nie wiedzie, a tak — przynajmniej uratujecie innych.
Obejrzał się i prawił zniżonym głosem:
— Ale potargujcie się u rejenta z Hamerami, bo im robicie łaskę. Jak z wami skończą, Knap odda córkę Wilhelmowi, wypłaci posag i jeszcze dopożyczy pieniędzy. Bez tego Hirszgold wygnałby ich na święty Jan i sprzedałby folwark Grzybowi... Ciężki kontrakt podpisali z Żydem.
— To Grzyb kupiłby po nich kolonię? — spytał Ślimak.
— Któż by inny? — szepnął bakałarz. — Grzyb chce kupić dla syna... Już tu Josel kręci się od miesiąca i Bóg wie, co by było, gdybyście się nie zgodzili na sprzedaż swego kawałka.
— Grzyb?... — powtórzył chłop. — Ady wolałbym diabła na sąsiada niż tego chorobę! Stu Niemców tak nie dopiecze, jak ten stary Judasz.