— Bom mu winien sto rubli!

— Chryste Panie! — jęknął Grzyb, targając się za włosy.

— No, nie macie czego dopuszczać sobie do głowy — odezwał się Grochowski. — Razem trzysta trzydzieści rubli dla mnie, dla Ślimaka i dla Josela. Niewielga to u was rzecz.

— Ni, ja tyle nie zapłacę! — wołał Grzyb.

— Ja przecie sam zapłacę, jak się ożenię z Orzechowszczanką — odparł Jasiek.

— Chorobę zapłacisz!... Niedoczekanie twoje!... — jęczał stary.

— Ha, kiedy tak — rzekł rozgniewany sołtys — to chodź, Jasiek, do sądu. Tyś nas kradł nie na żarty i ja z tobą nie będę żartował. Zabieraj się.

I ujął olbrzymiego chłopca pod rękę.

— Tatku, zmiłujcie się!... przeciem ja u was jeden — biadał Jasiek.

Stary Grzyb kolejno spoglądał to na syna i Grochowskiego, to na Ślimaka.