— A tożeście, tatku, skąpi!... Za marny grosz gubita mnie na całe życie! — mówił Jasiek.

— Widzisz, że ci rura zmiękła — drwił sołtys. — Pamiętasz, jakeś przy kancelarii ciągnął cygar i kpinkował, że mnie okradną?... Ja zaś gadałem, że nie okradną i stanęło na moim, a ty teraz płaczesz jak baba. Kpinkujże se... No, chodź. Zobaczymy, czy twój ojciec nie dopędzi nas w drodze.

— Zara, zara!... — odezwał się Grzyb widząc, że sołtys naprawdę ciągnie chłopca do sanek.

Odchodzący zatrzymali się. Grzyb skinął na Ślimaka i obaj odstąpili do szopy.

— Ja wam cosik poradzę, kumie — zaczął Grzyb zniżonym głosem. — Jeżeli między nami ma być sąsiedzka zgoda, to wiecie, co zróbcie...

— Bo ja wiem? Skąd jo mogę wiedzieć?

— Ożeńta się z moją siostrą.

— Z Gawędziną? — zapytał Ślimak.

— Jużci. Wy wdowiec i ona wdowa, wy macie dziesięć morgów, a ona piętnaście i jest bez dzieci. Ja wezmę jej grunt, bo dotyka mego, a wam oddam piętnaście morgów z części Hamera i będziecie mieli dwadzieścia pięć morgów w jednym kawałku.

Ślimak zamyślił się.