Konstanty Wojciechowski, Bolesław Prus, Lwów 1939, wyd. IV, s. 39–57.
Pod zaborem pruskim rozpoczęła się przed laty rozpaczliwa walka o ziemię. Fala niemiecka posuwała się na wschód, na łanach polskich (także w Królestwie) zjawiały się coraz to nowe domy niemieckich kolonistów. Znikała wielka własność, wysiłki około ratowania zagonów ojczystych okazywały się aż nazbyt często daremnymi. Budziła się trwożna myśl: co będzie z nami, gdy ziemię stracimy? Czy i kto potrafi ją uratować?
Pisarze polscy od dawna zajmowali się tą sprawą, starali się budzić uczucia patriotyczne wśród szerokiego ogółu, zachęcać do oporu, wskazywać środki ocalenia się. Ale rad ich nie zawsze można było posłuchać. Łączność dworów? wzajemne wspomaganie się? — rzecz zbawienna, ale chodzi o sposób, w jaki pomagać sobie należy. Gdy właściciel dóbr, Polak, zadłuży się, a zacny sąsiad udzieli mu pożyczki, byle tylko zadłużony nie sprzedał ziemi Niemcom, to postępuje oczywiście bardzo szlachetnie, lecz nie zawsze sąsiad sąsiada, choćby chciał, ocalić potrafi — może nie mieć pieniędzy czy na pożyczkę, czy na kupno zadłużonego majątku. Prus sam ongiś wskazał taki sposób ratowania ziemi (w powiastce Wieś i miasto), ale widocznie zrozumiał wnet, że spuszczanie się na pomoc drugich nie zawsze byłoby dobre, bo do sprawy tej powrócił w Placówce.
Placówka to powieść. Bohaterem jej chłop zwący się Ślimak, właściciel niewielkiego gospodarstwa i kilku zagonów ziemi, leżących na spadzistej górce, nad doliną rzeczki Białki.
Wierny swoim zasadom, Prus nie stara się wcale przedstawić Ślimaka lepszym ani mędrszym, niżby nim mógł być chłop polski, osiadły z dala od miasta, zapracowany, niemający czasu na książkę czy gazetę. O ile wyżej stoją od niego koloniści niemieccy, przybyli z Zachodu, jak górują nad nim ukształceniem, przedsiębiorczością, energią! I gdyby ci Niemcy, co zagościli w dolinę Białki, nie byli jedną z tych wrogich fal, co podmywają nasze wybrzeże, nie czulibyśmy nawet niechęci do nich, tak ujmuje nas ich zmysł porządku, gospodarność, pracowitość. Jak zaś w porównaniu z przybyszami przedstawia się nam Ślimak? Jest to człowiek uczciwy, niegłupi, ale dość zacofany, lękający się zmian w prowadzeniu gospodarstwa — gospodarzy, jak gospodarzyli jego ojcowie. Gdy krewny dziedzica podda mu myśl hodowania roślin ogrodowych na sprzedaż, on posądzi go od razu o jakąś „podrywkę”: pewnie — rozumuje Ślimak — dwór za dzierżawę łączki będzie chciał sporo i dlatego ten „farmazon” wmawia w niego, że dziesięciomorgowy grunt to majątek i że przy hodowli warzyw można by z ziemi tej czerpać duże dochody. [...]
Od takich Ślimaków roiły się niedawno jeszcze wsie polskie, a i dzisiaj chłop tego pokroju zupełnie nie zniknął. Zasada równości? Wszyscy są obywatelami? Co znowu! Obywatel to dziedzic, a on jest chłop, i rozumie, że porządek jakiś musi być na świecie. Gdzie tam jest jakaś równość! Przecie i on, Ślimak, żąda od swego parobka, aby go szanował, i na poufałość nie pozwoli. Parobek też wie dobrze, że co innego najmita, co innego gospodarz, a co innego znów sołtys. To taka przepaść, jak między Ślimakiem a dziedzicem. Rozumieją to wszyscy, a Ślimakowa nie postawi jadła najmity Maćka obok misy męża i sołtysa, gdy sołtys zagości do ich chaty. Gdzieżby? Maćkowi przewrócić by się mogło w głowie, a sołtys mógłby się słusznie obrazić. Nawet w tej samej izbie Maćkowi jeść nie wypada. [...]
Tę kastowość, posuniętą do śmieszności, właściwość wsi i miasteczek, pochwycił i uwydatnił Prus doskonale. Maciek najmita jest czymś niesłychanie znikomym wobec Ślimaka, a zwłaszcza wobec sołtysa, a Ślimak i sołtys razem wobec dworu.
Ale co innego uczcić jaśnie pana, a co innego ufać mu. Ślimak nie wierzy dworowi z zasady, podejrzewa każdy krok dziedzica, wszędzie dopatrzy jakiejś zasadzki. Jak można dziedzicowi okazywać cześć, a równocześnie uważać go za uosobienie przewrotności, nad tym się Ślimak nie zastanawia.
Natomiast ślepo ufa żonie i na nic bez niej się nie odważy. „Jakoś to przez żony — powiada — nieładnie”. Nie, żeby ona była mędrsza od niego, owszem, wszelkie plany wychodzą właśnie od Ślimaka, ale gdy działać trzeba, przepadło! Wówczas to już jej głowa, ona musi wszystkiemu zaradzić, a męża przynaglić wprost do zrobienia, czego potrzeba. „Pomyślenie” bo Ślimak ma, ale brak mu tego, co nazywamy wolą.
Jak by to dobrze było kupić trzecią krowę, jak dobrze wydzierżawić łączkę od dziedzica. Ślimak ciągle o tym myśli, plany układa, rozwija je przed żoną, a ona słucha i milczy. Ale gdy kupno się nadarzy, Ślimak od razu przycichnie, a zabierze głos żona. [...]