— Jaki tam porządek, kiedy Grzyb dostał od razu trzydzieści morgów, a wy ledwie siedem! — rzekł Jędrek.
Ślimak przystanął na drodze chcąc trochę wypocząć. Poprawił czapki, lewą ręką ujął się pod bok, a prawą wskazał na wzgórza i mówił:
— Widzisz ty te góry tam nade dworem? Z nich przecie ciągle stacza się ziemia na dół. Może nieprawda?
— Jużci prawda.
— A prawda. Ale ta ziemia, co się stoczy, na czyje grunta spadnie najpierwej, hę?...
— Jużci na dworskie.
— A na dworskie. Zaś ta ziemia, co stoczy się z dworskiego łanu, to na czyj grunt najpierw spadnie: na mój czy na Grzyba?
— Jużci na Grzyba, bo Grzyb siedzi na skłonie pode dworem, a wy z drugiej strony doliny.
— Oto widzisz — ciągnął Ślimak. — Żebym ja tam siedział, gdzie Grzyb, to bym więcej z dworskich gruntów korzystał, a że mi wypadło siedzieć za wodą, mniej korzystam.
— I jeszcze z waszych gór spada ziemia na dworskie łąki — odpowiedział Jędrek.