W tym miejscu gościniec łączył się z drogą dworską, która łagodnie wznosiła się pod górę. Ślimak szedł coraz wolniej, Stasiek patrzył przed siebie coraz lękliwiej i tylko Jędrek robił się śmielszy. Stopniowo spoza wzgórza ukazywały się im czarne gałęzie lip przydrożnych zasypane pączkami, dworskie kominy i dachy budynków.

Nagle rozległy się dwa strzały.

— Strzelają! — krzyknął Jędrek i pobiegł naprzód, podczas gdy Stasiek schwycił ojca za kieszeń sukmany.

— Gdzie lecisz? Wróć się! — zawołał Ślimak.

Jędrek zachmurzył się, ale zwolnił kroku.

Weszli na taras, gdzie już rozciągały się tylko pola dworskie. Za nimi, niżej, leżała wieś, jeszcze niżej łąka i rzeka; przed nimi — stał dwór otoczony sztachetami, budynki, a dalej ogród.

— O, widzisz dwór? — rzekł Ślimak do Staśka.

— Który to?

— Ten z gankiem, na słupach.

— A to co za chałupa?