— Złapałbym mu fuzję i odniósł do wójta. Jeszcze bym se parę razy strzelił po drodze.
Tymczasem myśliwy, nabijając swoją lankastrówkę, zbliżył się do chłopów. Na troku u jego torby wisiały zakrwawione szczątki wróbla.
— Niech będzie pochwalony — rzekł Ślimak, zdejmując czapkę.
— Dzień dobry, obywatelu! — odparł strzelec, uchylając aksamitnej dżokejki.
— Śliczności fuzja — westchnął Jędrek.
Panicz poprawił binokle i z uwagą spojrzał na chłopca.
— Podobała ci się? — spytał. — Hę?... Czy to nie ty podałeś mi wtedy czapkę?...
— Jużci ja, ino pan jechał na koniu i bez fuzji.
— Więc ja jestem twoim dłużnikiem? — zawołał panicz wydobywając z kieszeni portmonetkę. — Masz tu — rzekł i dał mu srebrną czterdziestówkę. — A to twój ojciec?... ten, co cię wczoraj chciał batem obić?...
Chłop ukłonił się do ziemi.