— Święta prawda.
— Otóż słuchaj. Ja te dwie morgi łąki, które chcesz dzierżawić, sprzedam ci po sześćdziesiąt rubli, więc o dwadzieścia rubli taniej aniżeli Grzybowi. Jeszcze zrobię lepiej, bo — nic nie wydasz ani na jeometrę, ani na rejenta. Ale wiesz pod jakim warunkiem?
Chłop pokornie wzruszył ramionami.
— Pod tym warunkiem, żebyś zdecydował się sam, zaraz, nie pytając żony. Uważaj więc: zapłacisz sto dwadzieścia rubli za łąkę, która jest warta więcej niż sto sześćdziesiąt, zyskasz na czysto czterdzieści rubli, ale... decyduj się natychmiast. Jutro, a nawet dziś wieczorem, kiedy naradzisz się z żoną, już na tych warunkach nie sprzedam.
Ślimakowi błysnęły oczy. Zdawało mu się, że teraz dopiero odkrył naturę zmowy wymierzonej przeciwko niemu.
— Dziwny kaprys tracić czterdzieści rubli za nic! — odezwała się pani po francusku.
— Bądź spokojna — odparł mąż. — Znam ja ich...
— No i cóż — zwrócił się do Ślimaka — kupujesz łąkę bez poradzenia się żony?
— Kiej to nieładnie — odpowiedział chłop z obłudnym uśmiechem. — Przecie jaśnie pan, a i to naradza się z jaśnie panią i jaśnie paniczem, nie dopiero ja.
— A widzisz?... — rzekł dziedzic do szwagra. — Czy on nie jest skończonym idiotą?...