V

— Rozumie się!... Pan doktór, dobrodziej, nawet przez ścianę poznaje życzliwego człowieka.

To wesołe powitanie wpłynęło z wnętrza osoby ubranej w jasne palto i trzymającej w ręce połyskliwy cylinder. Gość był pulchny, biały, różowy, wygolony i uśmiechnięty; nie najmniejszą ozdobę jego oblicza stanowił olbrzymi zarost, poczynający się na końcu brody, a rozłożony na wypukłych piersiach jak ogon pawia. Cała wreszcie postać robiła wrażenie cherubina22, którego Stwórca zbyt długo zostawił w wylęgowym piecu i pozwolił mu wyrosnąć do dwu centnarów23 żywej wagi.

Ułomności ludzkiej natury przypisać należy fakt, że ukazanie się tego pięknego zjawiska w mieszkaniu studentów nie obudziło między nimi entuzjazmu. Gromadzki razem ze swoją portmonetką cofnął się i zbladł, jak gdyby zobaczył upiora, Kwieciński był zakłopotany, Łukaszewski spochmurniał, i tylko Leśkiewicz, obrzucając nowoprzybyłego żółciowym spojrzeniem, zapytał:

— Skądże się tu pan wziąłeś?

— Wszakże sami panowie naznaczyli mi przyjazd doktora Łukaszewskiego jako ostatni termin...

— Nie jestem jeszcze doktorem — odparł zimno Łukaszewski.

— Ale dziś trzynastego września, pięć dni zwłoki!... — zaśmiał się gość, pieszcząc delikatnymi palcami swój fantastyczny zarost.

— Dobrą ma pan policję — wtrącił Kwieciński, zwany Niezapominajką — bo Łukasz dopiero co wysiadł z wagonu.

— Boże uchowaj! Cóż znowu za policja? — protestował gość. — Ale panowie tak serdecznie witali się z kolegą, że pół miasta wie o przyjeździe... Cóż to za chłopaczek?... Ładny chłopak — dodał gość, pogłaskał chłopca pod brodę i strzepnął palce.