— Naturalnie — myślał śledziennik — pogardza mną... Jutro nikt mi ręki nie poda, a Gromadzki naplwa mi w oczy... Tak posądzać niewinnego człowieka!... O, jakże jestem podły!...

W drugim pokoju swędziła przykręcona lampka nafciana34. Leśkiewicz podniósł płomień, Kwiecińskiego jeszcze nie było. Na stoliku leżał rękopis, przepisywany przez Gromadzkiego, a on sam także spał na żółtym drewnianym łóżku, kupionym na Pociejowie za osiem złotych.

Leśkiewicz stanął nad śpiącym, który musiał mieć jakieś niespokojne marzenia, bo zrzucił z siebie kołdrę. Gromadzki miał chudą twarz, spieczone usta i brzuch okropnie zaklęsły, jakby pusty od wielu dni.

Na widok starej kołdry, podartej koszuli, a nade wszystko na widok tak pustego, tak wygłodzonego żołądka, Leśkiewiczowi ścisnęło się serce. Sam nie wiedząc, co robi i co mówi, targnął Gromadzkiego za rękę.

— Czego? — mruknął nieprzytomny.

— Gromada — rzekł Leśkiewicz — jadłeś ty obiad?

— Kiedy? — zapytał śpiący, nagle siadając na łóżku.

— Kiedy!... On pyta się, kiedy jadł obiad!... — powtórzył Leśkiewicz, zwany także Śledziennikiem.

A gdy rozbudzony kolega patrzał na niego dziwnym wzrokiem, rzekł:

— Poczciwy jesteś, Gromada, żeś oddał do prania bieliznę chłopca.