W progu, przysypana śniegiem, leżała jakaś kobieta.
Wnieśliśmy ją do kancelarii, i tu przekonałem się, że kobieta owa, mimo dostatecznie rozwiniętych kształtów, miała rysy dziecinne. Liczyła co najwyżej lat 17.
Wkrótce znalazł się felczer23 i zakonnica. Otrzeźwiliśmy chorą, daliśmy jej parę łyżeczek wina i trochę ciepłego kleiku, otworzyła biedactwo, mówiąc nawiasem, bardzo piękne oczy, ale podnieść się nie mogła.
— „Co ci jest, moje dziecko?” — spytała poczciwa zakonnica.
— „Córeczka mi umarła!” — jęknęła.
Spojrzeliśmy po sobie.
—„Gdzie pani mieszka?” — spytałem.
—„Nigdzie! Trzy dni tułam się po ulicach, a dzisiejszej nocy...”
—„Nie masz więc pani nikogo w Warszawie?”
— „Mam opiekuna, ale on już prawie od roku wygnał mnie...”