Pewnego wieczoru zaszedłem do jednej lichej kawiarenki, w której nie byłem już od półtora roku. Wchodzę, patrzę, dziewczęta te same, choć podstarzały się, ściany te same, choć poczerniały bardziej, i kanarek ten sam, choć mu ogon, panie dobrodzieju, kot urwał...
Wchodzę, witam się, i one się witają; mówię: — „Dajcie kawy!” — dają kawy; siadam na krześle i gapię się po ludziach.
Eh! Panie dobrodzieju, jakże ten świat zmienia się powoli! Goście ci sami, a choć przybyło kilku nowych, za to trzech starych umarło, a jeden się ożenił. Ubiory te same, rozmowy te same, a nawet i te same fajki, bo wówczas papierosów nie używano.
Już chciałem knajpinę opuścić, kiedy nagle weszło do niej dwu grajków: jeden mały i pękaty z fletrowersem14, drugi wysoki, czerwony i zarosły ze skrzypcami...
Siadają... Grają... Tfy! Do kaduka, a toż ten skrzypek wykapany Stefan!
Podchodzę, on sam! — „Jak się masz... — Jak się masz...” —„Co robisz?” — „Jestem grajkiem. A ty co?... —„Jestem patronem.” Od słowa, panie dobrodzieju, do słowa, kupiłem kawy, wódki, którą pasjami lubił, i dla oporządzenia, jako dawnego przyjaciela, wziąłem do siebie na noc.
Posłałem mu na kanapie, dałem koszulę i parę innych rzeczy... Gadaliśmy może do pierwszej, a potem dalejże spać, panie dobrodzieju, aż do śniadania...
Ledwiem się zdrzemnął, słyszę krzyk:
—„Maniu!... Panie dobrodzieju... Maniu! Twój krzyż!... Nie wiedziałem! Nie wiedziałem!”
Zrywam się na równe nogi, zapalam światło... Patrzę, Stefan siedzi na łóżku, z oczyma w słup, z pięściami zaciśniętymi, i ciągle jedno w kółko powtarza...