Nimem go dotrzeźwił, ranek nadszedł, a gdy na drugi dzień odprowadziłem go na Powiśle do domu, w którym mieszkał razem z pękatym fletrowersistą, ten na moje pytania krótko mi odpowiedział:

—„Co pan chcesz, to człowiek, panie dobrodzieju, nieprzytomny! W dzień dlatego, że pije, w nocy dlatego, że go prześladuje jakaś Mania, którą nie tylko, że o śmierć przyprawił, ale jeszcze krzyż jej z grobu ukradł!...”

Powiedziawszy to, patron wychylił szklankę do dna i umilkł.

Dwaj jego słuchacze byli głęboko wzruszeni: adwokatowi melancholijnie błyszczały oczy, a zimny mecenas miał na obu policzkach ciemnoamarantowe plamy.

— Dziwna rzecz! — zaczął mecenas. — Świat ten niby jest budowany po prostu. Rządzą nim niezłomne prawa natury. A jednak... są tu zagadkowe powikłania interesów. Któżby się na przykład spodziewał, że ja panom dokończę historię Stefana? Przypomniałem ją sobie w tej chwili dopiero.

— Czy być, panie dobrodzieju, może! — wykrzyknął bardziej, niżby wypadało zdumiony patron.

— Szanowni panowie! — wtrącił adwokat. — Prosiłbym o słówko ad hoc15. Przypuszczam, a nawet jestem prawie pewny, że będę mógł szanownym panom udzielić niejakich informacji co do interesującej Marii...

Zaniepokojony patron szeroko otworzył usta. Patrząc na jego fizjognomię16, można było mniemać, że człowiek ten wszystkiego spodziewał się w życiu, wyjąwszy uzupełnień do swej zajmującej historii.

— Ustępuję adwokatowi głosu — rzekł mecenas — ponieważ chciałbym mieć ostatnie słowo.

Przyniesiono znowu poncz, i adwokat tak rzecz rozpoczął: