niebo — zaskakująco jasne ponad mrokami ulicy; odwieczna

pora niepokoju oswojona w mieście —

a jednak od razu dostrzega go, widzi

jak się wyłania spomiędzy żywych, z powietrza, z ruchu:

całkowicie nieobecny, jakby z najgłębszego

bezwładu tego świata, z dna; nie było nic wspólnego między nim

a tym dniem z jego wczesnojesienną pogodą

z zacisznymi bladożółtymi sferami tworzonymi przez światło i liście

i sucho-gorzkim, odrobinę mglistym zapachem

nic wspólnego z nocą, kiedy się jej śni;