Zaniesiony zostałem do ziemianki, gdzie siedziało paru oficerów.

W dobry moment trafiłem. Była chwila stosunkowego zacisza, a pułk, do którego zaniósł mnie szczęśliwy traf, odchodzić miał nazajutrz z frontu na wypoczynek. Humory były pyszne.

Mój piastun postawił mnie ostentacyjnie na środku

— Przybysz z nieba — oznajmił.

— Co za farsa, André?

— Fakt.

Zaczęli mnie oglądać.

Oczywiście pisnąłem na przywitanie. Odpowiedziała obowiązkowa wesołość.

Obejrzeli mnie na wszystkie boki. Podziwiali pomysł umocowania na mnie mapy i kompasu. W końcu jednomyślnie orzekli, że muszę być niemiecką mascotte’ą lotniczą.

— Ładna mascotte’a, co sama idzie do nieprzyjaciela — osądził ktoś lekkomyślnie.