Po chwili jednak zjawia się oficer — Francuz.

A więc jestem uratowany.

Tak. To „kolorowe” pułki francuskie. To okopy sprzymierzeńców.

Ja pierwszy zrozumiałem sytuację.

Oficer jest z kolei niemniej zdumiony, jak czarni:

Voyons! Voyons! un ours?75 Niedźwiedź? Spadł z nieba? Ah, c’est trop fort!76

Bierze mnie ostrożnie w ręce. Ogląda mój spadochron. Mapa niemiecka, sztabowa. Mimo woli patrzy w górę. Z tamtej strony, daleko, kołysze się wielki, biały balon.

Ça! Par exemple!77 — kiwa głową. — Nie, to niemożliwe. Za daleko. A przecież?

Zabiera mnie wesoło pod pachę i odchodzi.

Za nami czarni patrzą z zabobonnym strachem. Nie dowierzają stworzeniom, spadającym z nieba. Co to z tego wyniknie?