Ląduję.

Upadek z takiej wysokości, choć złagodzony spadochronem mapy, oszołomił mnie jednak.

Kiedy znalazłem się wreszcie na ziemi, byłem na wpół przytomny. Zdawało mi się, że śnię.

Tak. To jest — dawno.

Siedzimy kołem przy stole jadalnym we Lwowie. Staś czyta głośno W pustyni i w puszczy Sienkiewicza. Słucham, jak czarne, zdumione głowy Murzynów oglądają latawiec. Białka oczu i zęby błyskają.

Nie. Nie ma stołu, nie ma Stasia, nie ma książki. A przecie czarne twarze pochylają się wciąż zdumione, a wywinięte wargi błyskają zębami.

Przytomnieję. Gdzież jestem?

Otaczają mnie istotnie czarni. Okrążyli ciasno miejsce, na którym leżę, i pokazują jednocześnie na niebo, tłomacząc gorąco:

— On spadł z góry.

Rzecz jest wzajemnie niepojęta: ani oni nie wiedzą, skąd ja się tu wziąłem, ani ja nie mogę pojąć, skąd oni?