Zaczepiam się o barierkę, która chce mnie złapać. Nie daję się. Co będzie, to będzie! Przymykam trochę oczy i lecę w pustkę.
Chwilę czuję, że spadam wprost, jak kula. Wnet jednakże mapa, przyczepiona do mojej obróżki, rozwija się, tworząc idealny spadochron. — i oto zaczynam płynąć wolno, łagodnie, coraz bardziej na skos, na skos...
Silny wiatr ponosi mnie wyraźnie ku Zachodowi.
Spadochronowy pas Niemca mówił, że to wiatr zły.
Błogosławiony wiatr!
— Byle dalej! byle dalej niósł! — piszczy we mnie jedyne świadome błaganie.
W pewnej chwili widzę pod sobą błękitną wodę Marny.
Lecę ciągle.
Tracę rachubę czasu. Nie wiem już nic.
W dole jakieś okopy. Lot mój zaczyna powoli opadać.