— W imię Ojca i Syna! — zdumiewa się Staś.

Zawiązany lekko w płaszcz i niesiony dalej przez żołnierza, piastującego mnie z pełną szacunku niechęcią, wystawiam trochę głowę przez otwór zwinięcia.

Jakże miasto zniszczone! Strzały huczą. Domy szczerzą boleśnie oczodoły wybitych okien.

Słucham rozmowy:

— To tu zaczęła się obrona! — pokazuje ułan Stasiowi mijany gmach szkolny. — Tu padły pierwsze strzały i polała się pierwsza krew — dzieci — Tak. Dzieci i kobiety uratowały miasto.

Staś patrzy chwilę i, podnosząc poważnie rękę do czoła, oddaje cześć.

Jestem w zacisznym, dobrze znanym, najmilszym pokoju. Czy cokolwiek innego istniało kiedy na świecie? Przeszłość wydaje mi się dziwnym, szalonym snem.

I wędrówki bez końca i walki dawne tam, daleko. Nawet powrót do kraju i pierwszy lot do oblężonego Lwowa — czyliż to nie był sen?

A potem tych parę ostatnich miesięcy: Droga do Wilna. Zwycięski lot nad wyzwolonym miastem. Powrót.

Jak w czarnoksięskiej latarni przesuwają się w pamięci obrazy: