Stary Poznań. Tętniące ulice Warszawy. Rynek Krakowski. Ostra Brama w Wilnie. Lwów.

Niebezpieczeństwa minęły.

Pod rozradowaną lampą zasiedli oto wszyscy moi kochani.

Nie brak nikogo. Co za cud!

Państwo Niedźwiedzcy, o posiwiałych nieco od przejść wojennych głowach, patrzą radośnie na Stasia i Halę, rozkwitających jak sama młodość. Zosia, przytulona sierotka, dzisiaj pieszczocha wszystkich, nie spuszcza oczu ze swego starego przyjaciela, ułana.

Nawet stara kucharka drepce radośnie koło stołu, nie mogąc się nacieszyć „swoim państwem, pozbieranym po świecie”.

Na honorowym miejscu pośrodku — ja.

Mówią o mnie.

— Czy też ty myślałaś kiedy Halu — pyta Staś — że twoja zabawka wyrośnie na taką personę?

— A ty, czyś myślał, jakeś nad nim chrzestną mowę recytował, że go będziesz samolotem wozić? Co? — odpowiada Hala.