Przypomniałem pamiętne słowa lustra. Spełniły się co do joty.

Byłem dzieckiem szczęścia. Doszedłem do wróżonego celu. Służyłem wiernie ludziom.

— A cóż będzie dalej z Misiem? — zapytał nagle pan Niedźwiedzki — No! przecież Stasia nigdy chyba nie puścimy bez Misia na samolocie!

— Oczywiście — zgadzają się wszyscy.

— Słusznie — myślę i ja. — Jeszcze się znajdzie robota. I rozczulonym spojrzeniem ogarniam wszystkie te kochane twarze ludzkie i drogie mi kąty i, uśmiechające się do mnie zewsząd, stare, wierne towarzysze90 ze świata rzeczy.

Hej! czyliż szeroki świat nie stoi otworem dla pluszowego niedźwiedzia!

W pogodnem słońcu sierpniowego ranka, nad przystrojoną w biel i amarant stolicą krąży samolot Stasia.

Szybuje spokojnie, zniżając się powoli. Pod nami Saski plac.

Sobór91 na środku, jak potwór starej krzywdy, obcy, olbrzymi, skamieniały ze zdumienia — patrzy.

Fronton92 utonął mu w sztandarach i zieleni. Na stopniach ołtarz.