Widziałem.

Opustoszałymi ulicami, pod ślepymi oczami okien szli, szli ławą z świstem, tupotem, wrzaskiem i jękiem tarabanów26.

Jechali na małych, kudłatych konikach, z wysokimi dzidami w ręku, w czapach na bakier.

Szli w grubych, szarych szynelach, skurzeni, zmordowani, tępi.

Pułki za pułkami, pułki za pułkami wlewały się w miasto, jak powódź.

Wypatrywałem oczy.

Przecież to wrogi27. — Tamci.

Któż oni są? I czego chcą od nas? I co niosą?

Śpiewają.

Chór dziki, schrypły, ze zmordowanych śmiertelnie płuc.