— Precz! — zrywa się i we mnie jakaś, nieznana dotąd mnie samemu, mocna, zła struna.
Całym miastem idzie ku tym przybyszom groźny, rosnący chór:
— Jakim prawem?
Tylko biała, wiotka chorągiew na wieży ratusza bełkota coś, wije się, plącze.
Tego wieczoru dzwonek u drzwi wejściowych zaczął terkotać przeraźliwie, jak na alarm.
Drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie i wbiegła przez nie najpierw kucharka a za nią dwie sąsiadki.
— Kozaki! — krzyczała kucharka, przysiadając za każdym głośniejszym naciśnięciem dzwonka. — Kozaki!
Obiegły pokój, wypadły z powrotem i zaczęły zatarasowywać drzwi od kuchni.
Dzwonek u wejścia terkotał ciągle.
Rozmyśliły się widać — wleciały z powrotem.