— Uważajcie, obywatelu, bo nas wysadzicie w powietrze — drwi jeden. — To bomby.

— Wypchaj się motylami, to i bez bomby polecisz, nie bój się! — brzmi odpowiedź.

Kochani! Kochani! Każde słowo głaszcze jak miód radością.

Czyjaś ręka wsuwa się między serwety, ostrożnie — szuka, maca.

Wydaję najradośniejszy powitalny pisk. Ręka cofa się gwałtownie.

— Ki licho? — pyta zachłyśnięty zdumieniem głos:

— Dziecko?

— Co gadacie! Byłoby to żywe w tylachnej skrzyni! Zadusiłoby się.

— Zaduszone nie piszczy.

Racja jest oczywista. Nowa ręka ostrożniej jeszcze próbuje gruntu.