Mimo lekkości dotknięcia piszczę z całej siły.
Teraz serwety jedna za drugą furkają w powietrzu. Nareszcie! Oczy mrużą mi się od blasku. Nade mną błękitne, pogodne niebo wiosenne, a na jego tle kilka pochylonych ku skrzyni, młodych, rozciekawionych twarzy.
Na głowach maciejówki43: — Oni!
Nagła salwa śmiechu. Dojrzeli mnie.
Jestem porwany, podniesiony w górę. Wszyscy ryczą. Trzymają się za boki. Oglądają mnie i podają z rąk do rąk.
Ja mruczę, piszczę, szczekam. Śpiewałbym, gdybym umiał.
Ktoś dojrzał obróżkę. Odczytał. Nowa radość.
— A zobaczcie no, chłopcy, co nam przywiózł sobą ten obywatel? — rozkazuje wesoły glos kaprala.
Przetrząsają skrzynię.
— Hurra — rozlega się tryumfalnie. — Restaurację!