Mrużąc oko w stronę kolegów, zabiera jedną ręką pakę, drugą mnie i wędruje za kapitanem.
Rozglądam się. Widzę teraz, że po tym świecie, który wydał mi się zrazu tak radosnym — chodzi klęska.
Co chwila strzały grzmią. Tu i ówdzie czernieją świeże zgliszcza. Nie mam czasu o nic ich pytać. Mijamy szybko.
Gdzieniegdzie ziemia skopana, zryta. W dolach i rowach plączą się całe kupy pociętych, zardzewiałych drutów kolczastych. Mijamy.
Jedna chata calsza od innych. Przed przyzbą gromadka oficerów.
— Cześć!
— Cześć!
— Do Komendanta. Z raportem.
Zameldowano. Wchodzimy.
Łapy, potrząsane ruchem niosącego mnie Szczapy, szykują postawę najsprężystszej służbistości.