Ktoś siedzi przy oknie, pochylony nad rozłożoną mapą. Ma siwy gładki mundur.

Obraca się. Spojrzał.

Przygotowana sprężystość moja znika, jak sen. W łapach czuję omdlałość wzruszenia.

Spod gęstej smugi brwi patrzą w bladej twarzy siwe, sokole oczy. Idzie z nich moc skupiona, przenikliwa, jak stal. Cała postać zdaje mi się, jak klinga48 miecza.

Kapitan salutuje. Składa raport.

Szczapa stoi ze mną przy drzwiach, wpatrzony jak w tęczę — w Dziadka.

— Gdzie papiery? — pyta metaliczny, przeciągający nieco głos.

— Szczapa! — wola kapitan.

Szczapa krokiem żołnierskim podchodzi z papierami, nie wypuszczając ani na chwilę z ręki mnie.

— A to-ż co? — pyta ten sam stalowy głos, tym razem o moją osobę.