Nazajutrz rano wyruszyliśmy z siestricą.

Wysilałem się, jak mogłem, na raźną i wesołą minę, aby choć trochę dodawać ducha Zosi, co siedziała nastroszona jak ptak, pod surowym spojrzeniem nowej opiekunki.

Nie szło nam jednak obojgu z wesołością. Nawet świadomość jazdy nie zdołała pocieszyć mnie tym razem. Przyszłość przedstawiała się zbyt ponuro.

Niedaleko już Stanisławowa do przedziału, którym jechaliśmy, z brzękiem ostróg i szabli wszedł młody oficer.

Coś jak sympatyczna iskierka przebiegło po mnie nagłem przeczuciem — swój!

Czemu? Skąd? Tutaj! A jednak... Mundur ułański, biały orzełek. Tak. wyraźnie.

Więc oni tu — a tamci... Nagły, krótki błysk przerażenia.

Lecz oto przypominają się długie rozmowy papierów na wozie Dziadka. Budzi się dawna pewność serdeczna z pierwszej chwili wojny:

— „Przeciw wszystkim trzem!”

I postanowienie rozumu niezłomne: