— „Z każdym, byle o Polskę!”

Dobrze jest. Dobrze, że są tu i tam. I ci, i tamci wrogów mają przed sobą. I ci, i tamci za sobą mają wrogów, a ponad sobą jedyny wszędzie i zawsze cel — Polskę.

— Daj wam Boże!

Młody ułan usiadł koło Zosi. Po krótkiej chwili był już z nami w przyjaźni. Nawet surowa twarz siestricy rozpogodziła się na widok tego młodego uśmiechu, co błyskał mu pod wąsami przy figlach z dzieckiem.

W pewnym momencie dojrzał napis na mojej obróżce. Zdumiał się, potem westchnął:

— To nazwisko i adres moich krewnych. Ba! gdyby oni nie byli gdzieś tam we Francji, odcięci! Nie byłoby z tobą maleńka, kłopotu. Ale tak, sam — nic wam pomóc nie mogę. Już tej cioci Mani aby dobrze szukajcie siestrico!

Przyrzekła.

Pożegnanie było nad wyraz smutne. Coś jak reszta nadziei odeszło razem z nim i zostawiło sam już tylko smutek. W znalezienie cioci Mani nie wierzyłem.

I słusznie. Ani ogłoszenie w miejscowym piśmie, ani zgłoszenia w urzędach nie pomogły. I oto po paru dniach pobytu w Stanisławowie mieliśmy wyruszyć dalej i tym razem beznadziejnie już — do przytułku.

Szliśmy ulicą ku dworcowi. Zosia, trzymając mnie w objęciach, dreptała obok swej przygodnej opiekunki, nie rozumiejąc oczywiście całej grozy położenia. Ja rozumiałem ją za nas oboje. Tępym z rozpaczy wzrokiem patrzyłem przed siebie, w daleką perspektywę ulicy.