Że tu oto zrobione już wszystko. I że czas może dalej... Uszy nastawiają się same na lecące ze świata, wieści.

Pewnego ranka zdumiał mnie niezwykły wygląd miasta. Cóż takiego?

Ulicami ciągną z radosną pieśnią gromady ludzi, a nad głowami ich powiewają, niby krwawo łopocące na wichrze skrzydła — czerwone sztandary.

Naprzeciw naszych okien, z daleka widoczny na frontonie65 rosyjskiego urzędu, malowany orzeł dwugłowy wyraźnie drży. Widzę, jak zbiega go długi dreszcz, ilekroć załopoce bliżej czerwono płonąca w blasku płachta. Ach! Teraz zbliża się wprost ku niemu gromadka przechodniów. Co to? Ktoś podnosi wielki pędzel, ociekający farbą... Nie ma orła! Już na jego miejscu zawieszono czerwoną chorągiew.

Do domu wracają ludzie z nowinami.

Rewolucja! Car padł. Wielki rosyjski biały car, co słał szeregi zaborców na naszą ziemię, przeciw któremu walczyły od wieka zastępy bojowników Ojczyzny — padł.

Teraz zrozumiałem, co znaczy czerwony sztandar na miejscu dwugłowego orła: to car utonął we krwi, którą przelewał.

Radowało się we mnie serce wolnego niedźwiadka tym zwycięstwem wolności — ale niepokoiła mnie — wojna.

Jak żywy stanął mi w pamięci Griszka. I któż to teraz każe niechętnym wojować?

Przewidywałem słusznie.