Do Stanisławowa jęły66 dolatywać od frontu trwożne wieści: Armia rewolucyjna pobita. Ucieka w nieładzie. Pali, rabuje, grabi.

Straszna to była noc, kiedy szyby naszych okien zaczerwieniły się od łun, zadygotały od strzałów, grzmiących w mieście.

Hala i Zosia leżały ubrane w łóżeczkach — Mała miała mnie tuż przy sobie na poduszce.

Pani Niedźwiedzka modliła się z twarzą ukrytą w dłoniach. Kiedy podnosiła głowę, widziałem, że twarz miała białą jak wigilijny opłatek.

Co chwila wbiegał ktoś z coraz straszniejszymi nowinami:

— Już na naszej ulicy rabują! Już u sąsiadów!

Blady ranek zajrzał grozą do okien i oświetlił wybladłe, postarzałe twarze.

Przyszła chwila, kiedy i brama naszego domu zajękła pod ciosami pijanej rabunkiem tłuszczy.

Jakże głucho zajękła! Huczy jak dzwon na trwogę:

— Idą!