Nie zdołam nigdy opisać wyrazu twarzy pani Niedźwiedzkiej w tej chwili. To jedno widziałem wtedy i długo jeszcze potem, to jedno tylko widziałem.
Ale jednocześnie... Cóż to się stało w mieście? Po rabusiach poszedł nagły popłoch. Ulicą leci wyciągniętym galopem odddział znanego mi polskiego uniformu. I koniec.
Zanim zrozumieliśmy, co się dzieje — niebezpieczeństwo było usunięte.
To wracający z frontu ułani polscy obrócili oręż przeciw rabującemu miasto żołdactwu. Uratowali Stanisławów.
W ciągu dnia wpadł do pani Niedźwiedzkiej nasz młody przyjaciel.
Jakże go powitano!
Nie mogąc przemówić ze wzruszenia, pani Niedźwiedzka ściskała mu głowę. Mamahala przyprowadziła Zosię ze mną.
— A ot, przyszedłem się pożegnać, bo nas znowu na front ślą — zawołał na wstępie.
— Jezus Maria! — przeraziła się pani Niedźwiedzka — jeszcze i to!
— Cóż robić! Rozkaz. Im wolno, jak chcą, ale my musimy do końca — mówił, więcej do siebie niż do nich.