— Zosiu — zwróciła się Hala do małej. — A jakże my mu podziękujemy? Przecież on nas obronił! Cóż mu za to damy na drogę? Na wojnę — Zosiu? Co?
Mała patrzała wielkimi oczami w swego przyjaciela. I nagle zdobyła się widać na bohaterskie postanowienie. Poczułem na sobie uścisk i pocałunek tak gorący, jak może nigdy dotąd w życiu — i oto Zosia gwałtownym ruchem wręcza ułanowi — mnie:
— Zosia da mu Misia. Miś z nim pójdzie na wojnę — będzie go bronił.
Nikt nie śmiał się sprzeciwić bohaterstwu małej.
— Może istotnie przyniesie ci szczęście! — mówiła Hala.
Ułan z uśmiechem, ale wzruszony do głębi, ucałował Zosię, pożegnał się ze wszystkimi, niezręcznym ruchem zabrał mnie pod ramię i wyszedł.
Po chwili byłem zawinięty w płaszcz i przytroczony do ułańskiego siodła.
Pierwszy to raz brałem udział w ataku.
Wprawdzie zawinięcie płaszcza zasłaniało mi nieco widok bezpośredni, ależ i koniom w powozowej uprzęży nakładają przecie klapy na oczy, aby się nie płoszyły patrzeniem w bok. Była to zbyteczna wobec mnie ostrożność, rasa bowiem nasza nie należy do tchórzliwych, ale też przyznać muszę, że było czego się płoszyć.
Trzykrotnie szarżowaliśmy austriacko-niemiecką armię. Mieliśmy rozkaz osłaniania do końca odwrotu tych samych rozprzężonych pułków rosyjskich, przeciwko którym wczoraj jeszcze broniło się miasta.