— A więc wszędzie to samo! — myślałem. — Wszędzie i zawsze!
Wielka jedność polska błysnęła mi, jako rozjaśniająca błyskawica pośród chaosu strzałów, świstu wichru, piekła impetu walki.
Takie chwile, jak ta, nauczyły mnie losów polskich więcej, aniżeli wszystkie niegdyś gawędy i lekcje historii.
Ale była to straszna nauka.
Pędziliśmy jak wicher. Czułem, jak wszystko łamie się przed nami — przeszkód nie ma.
Tylko co chwila przeraźliwie spokojny głos komendy:
— Szlusuj!
To trzeba ściskać szeregi, które wyszczerbia — śmierć.
Kiedy po trzecim ataku przyszedł ostatecznie rozkaz odwrotu, pułk był zdziesiątkowany.
Mój nowy pan miał czapkę dziurawą jak sito, a na ciele parę lekkich na szczęście ran.