Wracali samotni, wbrew wszystkim i wszystkiemu, wierni obrońcy polskiego honoru.

Pod koniec przewlekłej kuracji mego pana pewnego wieczoru ktoś cicho zastukał do drzwi.

Patrzałem jak zwykle ciekawie spodwysokiej lampy, kiedy dwaj goście weszli do pokoju.

Pierwszy — tak, to przyjaciel i towarzysz broni mego pana — odwiedzał nas często — ale drugi?

Kiedy podszedł w krąg światła, o mało nie spadłem z biurka.

Toż to mój chłopiec! Stamtąd. Tak! nie mylę się. Odzież nie zdołała go odmienić. To jeden z oficerów, spotkanych niegdyś przed chatą Komendanta — tam. Najmłodszy.

Siedli przy biurku. Przez sinawy dym papierosów widzę dobrze trzy pochylone ku sobie, młode, szlachetne twarze. Mówią cicho.

Przemieniam się cały w słuch. Cóż się dzieje?

Słyszę — I nagle... Jezus Maria, co oni mówią! To nieprawda!

— Komendant uwięziony. Pierwsza brygada rozwiązana. Większość ludzi po więzieniach. Rozsypka. Źle.